W drodze do Norfolk #1

Brak komentarzy

poniedziałek, 10 listopada 2014


W Norfolk mieści się największa baza morska na świecie (swoją drogą lotnisko też jest niczego sobie). Stacjonuje tutaj Flota Atlantyku. Dziesiątki okrętów i samolotów. To właśnie tutaj przeniesiemy się mniej więcej w połowie książki na jeden podrozdział, na jedną scenę, na jeden moment.
Pamiętam jak na zajęciach z ekonomii instytucjonalnej profesor opowiadał o Zasadzie Pareto (dla przypomnienia: jest to twierdzenie, zgodnie z którym 80% naszych efektów wygenerujemy przez 20% naszego czasu). Wyprawa do Norfolk była 80% pracy, która dała 20% efektów...
Wyjeżdżając z Waszyngtonu udałem się do Charlottesville, gdzie znajduje się Uniwersytet Virginii (UVA). Na pierwszy rzut oka Charlottesville wygląda bardzo filmowo i krocząc bezdrożami można poczuć się jak w bohater Walking Dead czy True Detective'a. Niskie, drewniane domy, porwane płoty i skrzynki na listy, bory i lasy. Sceneria jak z horroru.
Sam uniwersytet przywodzi na myśl antyczny gaj akademosa: kolumny, zieleń i placyki w stylu miniamfiteatrów. W takiej atmosferze człowiek aż chcę się uczyć (no może przesadziłem). Z Charlottesville kojarzą mi się dwie rzeczy: uniwersytet został założony przez prezydenta Thomasa Jeffersona i zawsze, kiedy o tym pomyślę, to jakoś nie mogę sobie wyobrazić Bieruta, Cyrankiewicza czy Kwaśniewskiego otwierających nową uczelnie wyższą w Polsce... Drugie skojarzenie związane jest z Edgarem Alanem Poe. Czytając biografię pana Poego spotkałem się z opisami informującymi, że w początkach swojego istnienia ład i porządek na UVA był na poziomie, płonącego żywym ogniem domu taniej i w dodatku płatnej miłości. Poe nie omieszkał o tym wspominać w listach, które pisał narzekając na UVA. Poe dużo narzekał i pewnie gdyby choć raz przyjął słowa krytyki nie wylewając w odwecie wiadra pomyj, nie odchodziłby z tego świata na ławce w parku.
Co ciekawe, miałem też okazję przekonać się o tym, że w USA pije się piwo. W weekend trafiłem na festiwal piwa. Małe, lokalne browary pozwalały na degustacje ich wyrobów. Impreza trwała cztery godziny i niektórym wystarczyła. Na koniec zapraszam do galerii oraz lajkowania profilu i szerowania.

p.s. chciałem pozdrowić Martę, Ewę i Natalię, które były moimi couchhostami podczas pobytu na UVA

p.s.2 chciałem pozdrowić profesora Zbigniewa Stańka, który przed laty udzielił wspaniałego wykładu o równowadze w sensie Pareto

Król, Królestwo

Brak komentarzy

wtorek, 4 listopada 2014


Dziś w sekcji 7stron pojawiło się nowe opowiadanie pt. Jasnowidz. Jest to moja pierwsza twórczość literacka, która została opublikowana przez kogoś innego niż mnie.

Na Spider's Web (portal o hi-techu i innych ciekawych (dla geeków) rzeczach) powstał dział stories, w którym co tydzień publikowane są wypociny domorosłych pisarzy. Za namową wysłałem tam dzisiejsze opowiadanie (co prawda w trochę innej formie i o innym tytule) i... pojechałem do USA. Po pięciu tygodniach, krocząc dolnym Manhattanem sprawdziłem maila i zdziwiłem się bo oto przyszła odpowiedź i to w dodatku pozytywna. Opowiadanie ukazało się w następny weekend i było solidnie przystrojone literówkami, co było mocno opisane w komentarzach, ale to już detal...

Wersja do pobrania została poprawiona i ulepszona tzn. ma mniej błędów i śmiesznych porównań.

Jak zwykle czekam na uwagi i komentarze (nawet te o błędach).

p.s. Na pytanie co ma wspólnego tytuł postu z tytułem opowiadania od razu tłumaczę: to jest prolog do książki, która pewnej nocy przyszła mi do głowy i nie pozwoliła zasnąć, póki scena po scenie nie spisałem jej do zeszytu.

Waszyngton D.C.

Brak komentarzy

czwartek, 16 października 2014

Wizytę w Waszyngtonie zacząłem od Pentagonu (opis w poprzednim poście), a teraz przyszedł czas na wrażenia z samej stolicy USA.

Metro. To co przykuwa uwagę podczas pierwszej wizyty w Waszyngtonie to właśnie metro. Czekając na pociągi czułem się jakbym był na stacji kosmicznej. Wiele przystanków w centrum to wielopoziomowe punkty przesiadkowe, a biorąc pod uwagę, że jest sześć linii to zmiana pociągu przypomina czasami podróż po opuszczonej galerii handlowej. Metrem poruszamy się nie tylko po centrum, ale i po obrzeżach. Przekładając na polskie realia można by tym metrem dojechać do Piaseczna lub Tarchomina.

Mimo rozbudowanego metra i autobusów (o nich będzie oddzielny post bo to ciekawy temat) Waszyngton jest zakorkowany. Przy końcach linii metra są P+R, ale dało się zauważyć, ze ludzie wolą korzystać z własnych aut i stać w korku niż jechać publicznymi środkami lokomocji. Amerykańska wolność… Dojazd może się nie opłacać, można stać w korkach, ale samochód daje poczucie niezależności, które amerykanie tak kochają. Na pytanie: czemu jeździsz do pracy i stoisz w korku jak możesz jechać metrem? Pada odpowiedź: przecież po to mam samochód żeby go używać. Tutaj nikt nie kupi auta, żeby jeździć raz na tydzień do kościoła. 

Paradoksalnie to właśnie w samochodach widać Europę. Po ulicach jeżdżą Toyoty, Hondy i Hyundai'e. Waszyngton jest pod tym względem bardzo europejski (niestety). Ostatni bastion jest jeszcze w autach made in USA. Takie samochody to zazwyczaj duże SUVy lub pół terenówki, nieekonomiczne jak cholera, ale w końcu to jednak Ameryka (a przynajmniej jej resztki).

W centrum znajduje się Federal Triangle, czyli taka ul. Domaniewska tyle, że pełna państwowych urzędów i siedzib władz federalnych. Podobnie jak w Polsce po 16 wylewają się stamtąd tłumy ludzi w garsonkach i garniturach ruszających do metra. Wyjątkiem nie są nawet służby specjalne. W filmie Dobry Agent Matt Damon zapytany o to kim są agenci CIA odpowiada: Jesteśmy urzędnikami państwowymi pasuje jak ulał do tego co można zobaczyć na ulicy. A jak ktoś w to nie może uwierzyć to wystarczyć usiąść w kawiarence przed siedzibą np. FBI i poczekać do 16…

Z turystycznego punktu widzenia Waszyngton jest wspaniałym miejscem do zwiedzania. Wszystkie Smithsoniańskie muzea są darmowe (lub za symboliczny datek np. na drukowanie T-Rexa). Jak ktoś chce tu turystycznie wpaść to w muzeach może spędzić całe dnie.

Jeżeli ktoś ma mocny sentyment do kina to polecam odwiedzić miejsca gdzie kręcili Foresta Gumpa (scena przemówienia na temat wojny w Wietnamie), Zimowego Żołnierza (scena kiedy Steve Rogers biega pod Capitolem i spotyka Sama Wilsona) i mnóstwa innych filmów. Fajne uczucie, usiąść pod tym samym drzewem gdzie powstawał film za 170 mln.  

Ostatnio jest modne wbieganie do Białego Domu. Od razu mówię, że nie próbowałem i nie wiem jak jest w środku. Budynek widziałem z bliska; nie wydawał mi się słabo chroniony i jakoś nie mogę uwierzyć, że jogging ćwiczyło tam już z powodzeniem 16 biegaczy.

Na koniec nowość. Pod linkiem jest galeria z wizyty w D.C. Miłego oglądania.

p.s. W akapicie o muzeach jest dobrze napisane: drukowanie T-Rexa. W galerii jest zdjęcie takich różowych i niebieskich główek. Jeżeli im się dobrze przyjrzycie to zobaczycie, że to efekt druku 3D.

Pentagon #2

Brak komentarzy

czwartek, 2 października 2014

Zacząłem drugą część wyjazdu, bardziej stacjonarną i bardziej spokojną i bardziej obfitującą w posty na blogu. Zgodnie z wcześniejszym planem dziś kilka słów o wizycie w Pentagonie.

Dostanie się w okolice budynku było relatywnie proste... wystarczyło wysiąść na stacji metra Pentagon. Jednak wejście do środka to już inna historia.

Wysiadając z pociągu od razu widać reklamy wielkich firm zbrojeniowych takich jak: Northrop Grumman czy (chyba nawet w Polsce znany) Lockheed Martin i niestety znak zakazu robienia zdjęć. Podobnie jak siedziba NSA, Pentagon ma oddzielne wejście dla pracowników i gości. Ci pierwsi udają się spokojnie wyjściem z metra, pozostali muszą iść okrężną drogą, którą i ja się udałem. Po dotarciu na miejsce przywitało mnie paru miłych pracowników Agencji Obrony Pentagonu. Po tłumaczeniu, że nie jestem z Portland tylko Poland wpuścili mnie do wejścia dla wizytatorów, a tam... kontrola jak na lotnisku czy ambasadzie przy wyrabianiu wizy.

Po wejściu do budynku musiałem poczekać na "przewodnika" i identyfikator. Funkcję ludzi w Pentagonie rozpoznaje się po identyfikatorach. Pracownicy mają szare lub zielone, a goście żółte. Każdy, dosłownie każdy musi mieć plakietkę zawieszoną w widocznym miejscu. Przy bramkach stoją też "mili" panowie, którzy przypominają o tym zapominalskim.

Przemierzając korytarze widzi się nie tylko członków amerykańskiej armii, ale i dużo cywili (w tym personel sprzątający, który jakoś mi nie pasował do tego miejsca). W food courtcie jest kilkadziesiąt restauracji (w tym np. KFC, Burger King) i sklepów (np. elektroniczny, taki jak nasz Saturn). 

Ciekawym miejscem jest park ulokowany wewnątrz kompleksu. Po siedzących na ławkach ludziach widać ciężar odpowiedzialności jaki noszą na barkach. Spojrzenie wbite w ziemię i wyraz twarzy...
Obserwując ich można złapać trochę dystansu do życia. Na co dzień człowiek przejmuje się wyborem koloru do power pointa, a taki pan musi zdecydować czy wysłać Predatora czy nie. 

Wewnątrz, Pentagon wygląda militarnie, kolorystyka utrzymana jest w wypłowiałych kolorach. Na korytarzach stoi dużo gablot i memoriałów opisujących historię rozwoju amerykańskiej machiny wojennej, generałów i słynnych żołnierzy, a na ścianach można znaleźć oprawione w ramki kreda poszczególnych formacji.

Ze względu na funkcję Pentagonowi bliżej do biura niż bazy wojskowej. Czuć co prawda nastrój armii, ale tutaj się nie strzela, tutaj się mówi kto i do kogo ma strzelać.

Pod względem badań do książki wizyta otworzyła mi oczy na kilka rzeczy, o których zapomniałem / nie pomyślałem.

W następnym poście trochę o samym Waszyngtonie i okolicach. 






USA

3 komentarze

czwartek, 18 września 2014

Drodzy,

Przeżyłem podróż, jetlaga i jedzenie (jak na razie). Zgodnie z planem przez pierwsze dni aklimatyzowałem się w NYC i teraz przyszedł czas na posta, którego piszę z hrabstwa Fairfax, ale o detalach podróży później, a zacznę od początku...

Czyli od CouchSurfingu. W skrócie: to taka inicjatywa dla turystów, którzy chcą poznać odwiedzane miejsce od środka, a nie tylko od tej oficjalnej strony. Podróżująca osoba (surfer) ogłasza na stronie swoje "potrzeby" noclegowe i poszukuje kogoś kto ją przenocuje (hosta) przez jakiś czas. Można powiedzieć, że to taki Facebook dla podróżników bo można komentować, lajkować i inne takie. Można też stwierdzić, że to pożywka dla psychopatów, którzy tylko czekają na biednych i niczego się nie spodziewających turystów. W moim przypadku CS jest trochę upierdliwy. Z zasady noclegi powinny być krótkie, a mój wyjazd jest długi co (teoretycznie) zmusza mnie do częstego poszukiwania nowego miejsca. Teoretycznie, bo praktyka pokazuje, że może być zupełnie inaczej, ale to opiszę kiedy indziej. Jeżeli w przeciwieństwie do mnie ktoś lubi podróżować to powinien spróbować CS, masa przygód i ciekawych ludzi gwarantowana!

Czego w Ameryce jest najwięcej? Trzy, dwa, jeden, zero... iPhone'ów. Jeżeli masz inny telefon to najprawdopodobniej jesteś z Azji. Jeżeli ktoś jest biedniejszy ma 4, 4s, ale najwięcej jest 5, 5s i troche 5c. Temu nie powinien się nikt dziwić, tutaj chłopak pracujący w pizzerii ma 8$ na godzinę i opłaca tym studia, samochód, Heroclicks i zielsko...

Ciekawie jest też ze znajomością języka angielskiego. Po chwili zastanowienia się myślę jednak, że powinienem napisać z nieznajomością. Amerykanie i mowa Szekspira to niekoniecznie idealne połączenie. Spacerując po mieście słychać dużo hiszpańskiego, trochę języków z Azji i... Czarną Mowę (Black Speech). To jest wersje angielskego używana przez niższe klasy (murzynów). Nie ma w niej niektórych spójników i chyba czasów. Najbardziej się zdziwiłem, kiedy kupując jedzenie w jakieś budzie okazało się że obsługująca mnie pani nie znała angielskiego. Nie znała do tego stopnia, że musiałem palcem pokazywać co chcę...

A jak już jesteśmy przy jedzeniu. W NYC można zjeść wszystko czego dusza zapragnie. Greckie, tajskie, japońskie po prostu wszystko. Fastfoody... na Mahattanie nie ma punktu z którego nie byłoby widać McDonaldsa. Porcje są większe niż w Polsce, czasem dużo większe. Napoje są WIELKIE, kiedy w Wendy's zamówiłem średni napój dostałem go w kubku większym niż duży napój w Polsce.

Na zakończenie poruszę jeszcze temat ludzi mieszkających w NYC i D.C. Moim zdaniem widać rozwarstwienie klasowe. W barach, restauracjach, fastfoodach itd. pracują czarni, meksykanie i trochę azjatów. Garnitury i krawaty w większości są zarezerwowane dla białych. Przez ten tydzień widziałem tylko jednego białego bezdomnego. Jeżeli ktoś zaczepia mnie na ulicy i chce dolara to jest czarny. Może to brzmi trochę rasistowsko, ale to są wnioski z obserwacji.

W kolejnym poście będzie o pieniądzach, kobietach, samochodach i metrze.

A teraz mały quiz. Połączenie białego i czarnego to mulat, a jak się nazywa połączenie czarnego i cygana?

Adrenalina

Brak komentarzy

środa, 10 września 2014

Metaerotycznie rzecz ujmując: adrenalina płynie mi w żyłach jak alkohol na dobrym weselu. 13 i pół godziny, tyle zostało mi czasu do odlotu i to tyle z narzekania. Odmelduję się po przylocie. K.

Posłowie

Brak komentarzy

piątek, 29 sierpnia 2014

W posłowiu do Fight Clubu Chuck Palahniuk (czyt. Paulanik) napisał, że idealne opowiadanie powinno mieć siedem stron. Od takiego opowiadania zaczął się kultowy Fight Club na podstawie, którego David Fincher nakręcił równie kultowy dziś film. A wszystko zaczęło się od… samotności. Pan Chuck wybrał się na warsztaty pisarskie nie po to żeby pisać, chciał poznać nowych ludzi. Czy to mu się udało? Nie wiadomo, ale wiadomo co później stworzył. Ciekawostka: zaliczka za Fight Club wynosiła 6 000$, czyli takie literackie „odwal się”.

Z nauk pana Chucka wyciągnąłem dwie rzeczy:

1. Pisanie opowiadań. Nigdy nie lubiłem
opowiadań, nie lubiłem krótkich form czy to literackich, czy filmowych, ale za sprawą pana o hipsterskim nazwisku to się zmieniło i dziś wrzucam w sieć swoje pierwsze short story.

2. Dźwiękonaśladownictwo. W poradach dla ludzi, którzy chcą zostać pisarzami Palahniuk mówi, żeby się tego nie bać tylko stosować, czyli coś tak mnie więcej jak ze sportem lub myciem zębów.

A teraz czas na konkrety: w menu barze pojawiła się nowa sekcja: 7stron, od dziś, co piątek będzie tam nowa historia (chyba, że wrócę do jakiejś starej). Pierwsze opowiadanie jest zatytułowane Cytadela. Głównym bohaterami są dwaj rycerze wysłani przez swojego suwerena ze specjalną misją…

Od razu zaznaczam że, oprócz mnie nikt tego nie sprawdzał, więc mogą być jakieś literówki (albo nawet i gorzej orty!). Jeżeli ktoś znajdzie takiego buga, to niech da mi znać. Opowiadanie jest w dostępne w formatach: docx, doc, pdf, mobi i epub.

Miłej lektury na porannego kaca, którego z racji piątku wam i sobie życzę.

Do usłyszenia.

Pentagon

Brak komentarzy

czwartek, 28 sierpnia 2014

Pentagon. Siedziba Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Tutaj mieszczą się dowództwa sił zbrojnych USA. W powieści Pentagon jest miejscem, w którym rozgrywa się akcja rządowego wątku. Relacja z wizyty jakieś dwa dni po, czyli w okolicach 20 września.

Z ciekawostek dodam jeszcze, że według Briana Singera przetrzymywany jest tam Magneto :).

p.s. zapraszam do lajkowania mojego profilu

To boldly go where no man has gone before

Brak komentarzy

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wbrew (całkiem intuicyjnej) nazwie w kolejnych postach nie dowiesz się nic na temat modnych ubrań, modelingu czy zdrowego odżywiania. Zaproszę Cię za to w literacką podróż. Napisałem książkę i chciałem ją wydać, i wszystko byłoby "zwykłe" gdyby nie jeden problem: chcę ją wydać w Stanach Zjednoczonych. Tym, którzy pomyśleli, że zwariowałem nie będę miał nic za złe, w końcu po części mają rację. Jeżeli tak nie twierdzisz dotrzymaj mi towarzystwa w trakcie drogi.  A co nas czeka na finiszu: hollywoodzki happyending czy grecka tragedia, a może ambiwalentny koniec jak u Allena? Tego trzeba się będzie przekonać w praktyce.

Tyle słowem wstępu, a teraz dołożę do tego trochę rąk i nóg zaczynając od teorii. Polski rynek wydawniczy jest tworem trochę innym niż ten w USA. Różnic jest dużo i (kiedyś) poświęcę im cały post. Dziś skupię się na jednej z nich. Chodzi o funkcję agenta literackiego, którego egzystencja w Polsce jest marginalna. Agent jest takim przekaźnikiem pomiędzy wydawcą, a autorem. W USA nie ma możliwości wydania książki bez jego udziału (nie mówimy tutaj o selfpublishingu). Dlatego trzeba mieć agenta. A jak go znaleźć? Normalnie, trzeba wysłać query letter i poczekać na odpowiedź, a po niej zastanowić się czemu odmówili lub cieszyć się z wygranej bitwy.

Jaki jest sens istnienia tego bloga? Filozoficznie mówiąc: to jest świadectwo mojego istnienia. Bardzo nie lubię stwierdzenia: udało mu się. Jeżeli książka pojawi się w USA to każdy post, jaki zmieściłem będzie dowodem tego, że dojście do celu było drogą, a nie nagłym rządzeniem losu. Drogą usłaną porażkami, zniechęceniem, ale też małymi sukcesami i ciekawymi wydarzeniami, a kto wie może nawet podasz mi pomocną dłoń, pomożesz postawić kolejny krok i pokonać następną przeszkodę?

A na zakończenie dwa słowa o samej powieści. Z opisem jej treści można zapoznać się w sekcji ‘O książce’. Jeżeli chodzi o status pisania to jest zakończony w 90%, a po pozostałe 10% wybieram się na początku września do USA. Moim zdaniem niektórych detali nie można uchwycić z książek czy filmów trzeba być na miejscu i spróbować ich na własnej skórze. Poza tym od dzieciństwa marzyłem, żeby zobaczyć lotniskowiec :).


Dzięki za poświęcony czas. Wszelkie komentarze, pytania na ASKu, twitty na Twitterze, lajki na FB bardzo mile widziane.

Top