Barbarzyńsko

Brak komentarzy

niedziela, 29 marca 2015


W czwartej Cytadeli wizyta u barbarzyńców. Główną postacią w wątku jest Ugluk syn Ugluka i przygotowania do bitwy.


PS. - Na 7stron zniknęła opcja z epubem. Powód jest prosty: nie został pobrany nawet jeden plik w tej wersji.

Poniedziałek

Brak komentarzy

niedziela, 22 marca 2015


Jutro jest ulubiony dzień wszystkich pracujących ludzi. W związku z tym na niedzielny wieczór proponuję shorta w równie grobowym nastroju.


YouTube

Brak komentarzy

niedziela, 15 marca 2015


Pierwszą rzeczą jaką uświadomiłem sobie, kiedy zacząłem pisać był fakt, że nie umiem pisać. Na drugim miejscu pojawił się fakt, że podobnie jak John Snow, nic nie wiem. Problem można rozwiązać na dwa sposoby:
1. pisać na podstawie własnych domysłów (później powstają kwiatki, takie jak np. opisywanie sceny w której giermek zakłada zbroję rycerzowi)
2. robić badania, czyli popularnie znany przez wszystkich research (i wtedy okazuje się, że pod koniec średniowiecza walka dwóch pieszych rycerzy bardziej przypominała zapasy niż fechtunek)

Przed erą YouTube'a jednym źródłem researchu było czytanie książek lub oglądanie dokumentów. W chwili obecnej Google'owy stream (wraz ze wzrostem ilości filmów, nie generowanych przez vlogerki modowe i komików) powoli staje się dobrym źródłem informacji. Widać starsi ludzie musieli dłużej przekonywać się do mówienia do kamery.

A teraz w ramach podziękowań będzie kilka reklam:

Jest bardzo dużo stereotypów na temat borni palnej. Większość z nich bierze się z filmów, które bombardują widza zakłamanym, niestety obrazem. Na na kanale hickok45 można znaleźć kopalnie wiedzy na temat borni palnej i trochę dywagacji na tematy związane z jej użyciem. Jeżeli klikniecie link to mam nadzieje, że zdziwicie się tak samo jak ja (chodzi o wiek tego pana).

Na kanale Rusty'ego Shackleforda, mniej więcej to samo co u hickok45, ale w bardziej przystępnej formie, krótsze filmiki, więcej skondensowanych informacji.

Z bardziej obyczajowych źródeł informacji znalazłem kanał Ssarusska (tak to jest vlogerka, która kręci filmy typu: co jest na moim iPhonie 6). Dziewczyna ma 18 lat i mieszka w USA, i opowiada jak tam jest z punktu widzenia dorastającej uczennicy.

Ciekawy jest też vlog Studia w USA, prowadzony przez niejakiego Dżrodżyka. Chłopak jest studentem na Emory. Na kanale jest np. ranking amerykańskich fastfoodów.

Jeżeli chodzi o Cytadele (i inne twory fantasy) to użyteczne i bardzo ciekawe filmy stworzył Jędrek, kasztelan zamku Hojnik. Każde nagranie (mimo, że długie ogląda się bez spadku zainteresowania). Jędrek zmienia trochę zapatrywanie na średniowiecze. Naprawdę polecam

Na zakończenie jeszcze jeden "historyczny" kanał: Dierk_Hagendorn. Człowiek ma ciekawe hobby...

PS. Oczywiście to tylko część kanałów (np. vlogów a'la Ssarusska jest jeszcze kilka), które oglądam w celu zmniejszenia swojego poziomu niewiedzy.

Dzięki za uwagę, czas i oczywiście lajkujcie profil na FB.

Literacko #1

1 komentarz

sobota, 7 marca 2015



Jeżeli ktoś nie jest dziś na imprezie i jeszcze nie śpi to polecam lekturę do poduszki. W dziale 7stron dodałem nową cytadelę + odświeżoną wersję Cytadeli numer 1.
Podobno opowiadanie jest najlepszą metodą nauki pisania, a że Cytadel na dzień dzisiejszy jest 18 (nadal są krótkimi opowiastkami, ale łączą się w jedną całość) i mam zamiar je tutaj ustawicznie wrzucać.

PS. Ciekawe tylko czy ktoś będzie chciał to czytać...

Norfolk #2

Brak komentarzy

wtorek, 3 lutego 2015


Hotel, w którym się zatrzymałem był żywcem wyjęty z horroru. Długi rząd pokoi hotelowych zatopionych w strugach deszczu. Nieoświetlony, prawie pusty parking i szum, a właściwie huk oceanu tłumiącego ludzkie kroki. Nic tylko czekać na wizytę psychopaty, który dzieli się dobytkiem ofiar z właścicielem hotelu. Przyjemność kosztowała 40$. Za tyle można spędzić noc 30 metrów od oceanu.
Starsza meksykanka pracująca w recepcji znała angielski, ale z matematyką miała już problemy i nie bardzo widziała różnicę pomiędzy trzema centami a trzema dolarami (przy wydawaniu reszty oczywiście). Po wpisaniu na listę gości dostałem kartę i hasło do internetu.
W pokoju znajdował się telewizor (CRT), klimatyzator, duże łóżko i lodówka. Po kilku minutach odłączyłem lodówkę bo pracowała tak głośno, że zagłuszała telewizor. Na szczęście klimatyzator pracował cicho i nie trzeba było go wyłączać. Z TV grającym w tle rozpakowałem się i zabarykadowałem drzwi.
W USA jest bardzo dużo telewizji kablowych o lokalnym zasięgu, które wykupują licencję na dostęp do kanałów (np. AMC czy starz) płacąc za każdego abonenta. Kablówka podłączona w hotelu miała same lokalne kanały i VH1, na którym leciały Nagie Randki. Myślałem, że programy typu Warsaw Shore czy Jersey Shore są rozrywkowym szczytem, ale byłem w błędzie.
Kilka minut po północy uruchomił się alarm. Wył przez pięć minut po czym nastała cisza. Czemu się włączył? Kto go wyłączył? Czy coś się komuś stało? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy...
Po burzy z poprzedniego dnia nie został nawet ślad. Niebo było bez jednej chmurki, a ja wymeldowałem się z hotelu i ruszyłem do bazy. Po drodze odwiedziłem sklep z komiksami, grami planszowymi i figurkami. W polsce mniej popularne gry (np. Attack Wing) mają po kilka sztuk produktu na sklep. W USA były pułki były pełne, a na piętrze można było pograć z kolegami.
Brama numer 5 jest jedynym wejście z jakiego mogą korzystać cywile bez przepustek. Podszedłem do biurka i zacząłem rozmawiać z panią, która wydawała zgody. W pewnym momencie weszliśmy na temat celu mojej wizyty:
- Chcę zobaczyć lotniskowce.
- Ale w bazie nie ma w tej chwili żadnego.
- Dlaczego?
- Wypłynęły w morze na ćwiczenia.
- A kiedy?
- Nie wiem - odpowiedziała.
- A kiedy wrócą?
Pani spojrzała się na resztę personelu, którego jedna połowa oglądała Star Trek, a druga mi się przypatrywała i powiedziała:
- To jest tajna informacja. Poza tym ma pan torbę podróżną, a z nią nie można wejść do bazy.
A ja jej odpowiedziałem:
- A nie mogę jej tutaj na przechowanie zostawić?
Oczywiście nie mogłem. Teoretycznie byłem w kropce, ale podstawa w życiu to improwizacja i adaptacja. Poczekałem kilka minut i kiedy pojawili się inni ludzie chętni na wizytowanie Naval Station Norfolk zapytałem czy nie mogę zostawić u nich swojego bagażu.
Zgodzili się.
Baza jest bardzo duża, ale największe wrażenia robią okręty. Widziałem statek desantowy i niszczyciele. Wydawały się olbrzymie, a biorąc pod uwagę, że lotniskowiec jest od nich kilka razy większy to trudno go sobie wyobrazić. Niestety w galerii nie mam zdjęć okrętów i chyba nie muszę pisać dlaczego.
Jeżeli chodzi o stan osobowy to baza wydawała się pusta. Trochę marynarzy na pirsach i tyle. Zawsze myślałem, że wszędzie powinno być dużo ludzi. Biegający żołnierze w dresach albo spacerujący oficerowie. Jeździło trochę samochodów i tyle, wszędzie było pusto.
Po wyjściu z bazy sprawdzałem drogę na przystanek, którym mogłem się dostać na terminal autobusowy i wtedy podjechał samochód, w którym była jedna z pań, które spotkałem w bazie. Zatrzymała się i zaczęła:
- Wskakuj, podrzucę cię.
- Ale nie wiem czy będzie pani pasowało.
- A gdzie chcesz się dostać?
- Na terminal Grey Hounda.
- A, to w tym samym kierunku.
Wsiadłem i po minucie jazdy wypaliła:
- Dlaczego tak się pytałeś o lotniskowce?
Wystraszyłem się wtedy i zacząłem dukać coś o książce, o wątkach i zwiedzaniu miejsc gdzie dzieje się akcja. Salwa śmiechu z jej strony mnie uspokoiła, ale jak dodała, że chcieli wzywać ochronę to przestało mi być do śmiechu.
Do autobusu miałem jeszcze dużo czasu więc wybrałem się na zwiedzanie Norfolk i po raz pierwszy w USA miałem okazję zobaczyć tramwaj. Przeszedłem się po głównej ulicy i wszedłem do restauracji. Jak się okazało poza godzinami lunchowymi (12-15) nie serwowali tam pierwszych dań, ale na moje szczęście burgery były klasyfikowane jak przekąski.
Jak już jestem przy jedzeniu to dodam jeszcze, że KFC w USA jest niezjadliwe. O ile Mc'Donalds jest taki sam to KFC jest zupełnie inne. Kurczaki wyglądają na panierowane w piachu, a frytki w mące.
Późnym wieczorem przyszedł czas na kurs powrotny do Nowego Yorku i kiedy opuszczałem Norfolk myślałem sobie na temat różnic w między poszczególnymi stanami. Pewien mądry człowiek napisał, że USA to kraj kontrastów, twierdzę podobnie, mimo że widziałem dopiero mały kawałeczek.

PS. Na Flickrze nowe zdjęcia.
PS2. Zdjęcie na górze to hotel, w którym nocowałem. Tak ma basen. Hotel za 40$ ma basen.

Norfolk #1

Brak komentarzy

niedziela, 25 stycznia 2015



Do Norfolk dotarłem wczesnym popołudniem i pierwszym co rzuciło mi się w oczy był dwupiętrowy sklep z bronią. Na parterze można było kupić pistolety, karabiny, strzelby, noże oraz sprzęt survivalowy. Pierwsze piętro służyło za skład amunicji. W przypadku apokalipsy zombie amunicją można by wystrzelać całe Norfolk i okolice. Drugie piętro zajmowała strzelnica i bardziej wymyślna broń. Miałem okazję trzymać w ręce karabin z "homologacją" na pistolet. Producent obszedł amerykańskie prawo za pomocą skrócenia kolby.
Virginia jest dość liberalnym stanem jeżeli chodzi o posiadanie broni i do jej zakupu wystarczy dowód na to, że jest się rezydentem od co najmniej dwóch miesięcy (jest jeszcze obowiązkowe sprawdzenie niekaralności, ale to prawo jest obowiązkowe w każdym stanie). Najbardziej spodobał mi się fakt, że można było potrzymać broń w ręku (w Polsce w sklepie nie można dotknąć broni jeżeli nie ma się pozwolenia). 
Wizyta na strzelnicy różniła się diametralnie od tego, co przeżyłem w Polsce. W USA wypełnia się blankiet, zostawia dowód, wybiera broń i amunicję (jeżeli nie ma się swojej) i można udać się na tor. Tutaj nikt nie pilnuje czy przypadkiem człowiek sam się nie postrzeli. Broń nie jest trzymana w stalowej szafie, a amunicja wydawana na sztuki. Strzelanie w USA likwiduje stres tak samo skutecznie jak w Polsce, ale jest milej i przyjemniej. 
Pracownicy sklepu wyglądali na zadowolonych z tego co robią. Kiedy rozmawiałem z jednym ze sprzedawców entuzjazm z jakim opowiadał o tym, co robił przypominał mi film reklamowy. Poniżej mały dowód na to że broń w USA to nie tylko męska rzecz.


Po wizycie w sklepie z bronią przekonałem się, że ulice w Norfolk są długie i szerokie i jeżeli ktoś nie ma samochodu to ma problem, a jeżeli ma hotel gdzieś na obrzeżu to ma podwójny problem.
W drodze na przystanek autobusowy spotkała mnie pierwsza przygoda. W połowie drogi otoczyło mnie pięć nastoletnich murzynek i bynajmniej nie przez przypadek nosiły się jak nasze dresiary. Najstarsza wyciągnęła rękę i powiedziała: daj dolara. Pomyślałem, że pewnie jako mieszkanka powinna wiedzieć (nauczka z Charlottesville poszła w las) jak dojechać w okolicę hotelu. Kiedy wyciągnąłem telefon z kieszeni dziewczyny zaczęły uciekać z krzykiem na ustach. Jedna miała złamaną rękę i nie mogła szybko uciekać, i to od niej dowiedziałem się co skłoniło je do ucieczki. Powodem było to, że za szybko włożyłem rękę do kieszeni i myślały, że wyciągam broń.
Drogi do hotelu oczywiście nie znały.
Wieczór nadszedł szybko, a ja byłem przekonany, że trzeba było kupić pistolet. Jak wcześniej wspominałem w USA transport miejski działa bardzo słabo, a Norfolk jest tego najlepszym przykładem. Bus, którym teoretycznie mogłem dostać się w okolice hotelu jeździł co jakieś 40 minut. Było ciepło, ale moim zdaniem nie aż tak, żeby iść na boso z butami w ręku, ale widać dla bezdomnego, który do mnie podszedł było wystarczająco. Pasjonującą rozmowę o tym co robię w USA i że Polska jest chyba obok Rosji uciął nadjeżdżający autobus. Droga pod hotel była spokojna do momentu, w którym nie wysiadłem.
Zgodnie z tym, co mówił google na kolejnym przystanku powinienem przesiąść się w inny autobus. Po kwadransie czekania okazało się że linia, z której powinienem skorzystać już nie jeździ. Informacji udzieliła mi dwójka ludzi wyglądających na narkomanów i chyba zamieszkujących przystanek. W międzyczasie byłem świadkiem poszukiwania skutera, który koledzy jednego człowieka ukryli za przemysłowym koszem na śmieci McDonald'sa. Kiedy strapiony murzyn znalazł zgubę zgubę uruchomił silnik i poszedł sobie zostawiając zgubę na pastwę losu. Informacja o braku autobusu przekonała mnie do skorzystania z taksówki, którą bez problemu dojechałem pod same drzwi hotelu.

Druga część opisująca wrażenia z noclegu, wizytę w bazie i to jak o mało co nie zostałem uznany za terrorystę w przyszłym tygodniu.

Zdjęcia z wizyty pod linkiem.
Strona BobsGunShop: www.bobsgunshop.com

Święta

Brak komentarzy

środa, 24 grudnia 2014

A zanim dojedziemy do Norfolk chciałbym wszystkim życzyć udanych i spokojnych Świąt.

W drodze do Norfolk #2

Brak komentarzy

niedziela, 14 grudnia 2014



Wydostanie się z Charlottesville (tak żeby wylądować w Norfolk) okazało się trudniejsze niż zakładałem. O ile w studenckim miasteczku autobusów jest dużo, tak już w samej Wirginii poruszanie się bez samochodu jest typowo amerykańskie i poziomem trudności przypomina schodzenie ze schodów a'la Wilk z Wall Street.
Dzięki temu miałem przyjemność spotkać jednego z najciekawszych ludzi z jakimi miałem do tej pory styczność, ale po kolei. Na jednym z portali podobnych do polskiego BlaBlarCar znalazłem osobę jadącą do Richmond, z którego łatwo mogłem dostać się do Norfolk. Umówiliśmy się o 07:15 na obrzeżach Charlottesville. Wstałem o 06:30, było zimno, ciemno, padał deszcz i pewnie dlatego za radą bezdomnego murzyna (do tej pory zastanawiam się czemu nie wydało mi się to dziwne), wsiadłem do autobusu. O tym, że autobus jechał nie w tą stronę co powinien i ludzie nic nie wiedzieli nie będę opowiadał.
Na umówione miejsce dostałem się taksówką. To była moja pierwsza jazda taxi podczas pobytu w USA. Kierowcą był murzyn, ale dość dobrze mówił po angielsku. Problem zaczął się pod koniec jazdy. W trakcie rozmowy wykazałem się niewiedzą na temat miejsca zamieszkania Thomasa Jeffersona (główne zdjęcie). Kierowca oburzył się dość mocno i przestaliśmy rozmawiać, na szczęście byliśmy już prawie na miejscu.
Kilkanaście minut po siódmej poznałem Scotta Penningtona. Scott wiedział co nieco na mój temat (umawiając się na transport opowiedziałem o sobie), więc skupiliśmy się bardziej na nim. Na dzień dzisiejszy Scott pracuje na Uniwersytecie Richmond jako konsultant / project manager przy budowie systemu do digitalizacji zasobów biblioteki uniwersyteckiej. Kilka lat wcześniej pracował dla Afrykańskiego Kongresu Narodowego, gdzie zmieniał na formę cyfrową dziedzictwo kulturowe Afryki w rejonach, gdzie nie ma nic (dosłownie nic, nawet wody). Pracował też w Indiach, Arabii Saudyjskiej i UK. Przestał z chwilą wybuchu wojny w jednym z afrykańskich państewek, w którym akurat digitalizował ustny przekaz byłych zbrodniarzy wojennych, ponieważ żona oświadczył, że jak każdy kij ma dwa końce tak on może wybrać koniec z wyjazdami albo koniec z rodziną.
Scott do pracy nie ma daleko, pod linkiem można zobaczyć trasę jaką musi codziennie pokonać.
Kilka słów o samym Richmond. Zabudowa przypomina Waszyngton, ale z nowojorskim akcentem (wyższe budynki). Poza centrum, nie wiedziałem ani jednej osoby, która chodziłaby na piechotę (chyba, że wsiadała akurat do samochodu). Jadąc miejskim autobusem byłem jedynym białym pasażerem, pewnie myśleli, że jestem z Ukrainy, Bośni albo Polski i nie poświęcali mi żadnej uwagi. Mała ciekawostka żeby zasygnalizować kierowcy chcę przystanek trzeba pociągnąć za linkę tak jak w starych, polskich tramwajach. Przystanki rozsiane są chyba co dwieście metrów. Czekając na transport do Norfolk poszedłem do przydrożnej restauracji, zamówiłem jedzenie i nie dałem rady zjeść połowy. Porcja była naprawdę wielka. Podsumowując w Richmond poczułem prawdziwą Amerykę i od razu pożałowałem, że nie mam samochodu. 

Na koniec dwie dygresje:
1. Scott studiował j. angielski, a doktoryzował się z baz danych :)
2. Czemu Scott zgodził się mnie podwieźć? Jakieś dwanaście lat temu pewien Polak nauczył go edycji / montażu dźwięku i Scott czuł moralny obowiązek odwdzięczyć się.

Dzięki za uwagę i chciałem poprosić o szerowanie posta na FB. Analizowałem odwiedziny na blogu i posty szerowane mają zdecydowanie większy współczynnik wejść.


PS - tutaj jest strona, a tutaj twitter Scotta.

Moralitety z książki, czyli work in progress #1

Brak komentarzy

piątek, 5 grudnia 2014

Na piątkową noc ilustracja i moralitet, wyciągnięte z wątku detektywa.


'You don't have to ask' said Milles. 'I will reveal you this simple truth. God does not give a shit about them or him. There is no any heaven waiting for them, there is no eternal damnation for him. It's not a crapshit tale about Hiob with sacred suffering, purification by pain. It's only butchery by knife. Made in US by sick logic industries supported by insanity of human mind.'

W drodze do Norfolk #1

Brak komentarzy

poniedziałek, 10 listopada 2014


W Norfolk mieści się największa baza morska na świecie (swoją drogą lotnisko też jest niczego sobie). Stacjonuje tutaj Flota Atlantyku. Dziesiątki okrętów i samolotów. To właśnie tutaj przeniesiemy się mniej więcej w połowie książki na jeden podrozdział, na jedną scenę, na jeden moment.
Pamiętam jak na zajęciach z ekonomii instytucjonalnej profesor opowiadał o Zasadzie Pareto (dla przypomnienia: jest to twierdzenie, zgodnie z którym 80% naszych efektów wygenerujemy przez 20% naszego czasu). Wyprawa do Norfolk była 80% pracy, która dała 20% efektów...
Wyjeżdżając z Waszyngtonu udałem się do Charlottesville, gdzie znajduje się Uniwersytet Virginii (UVA). Na pierwszy rzut oka Charlottesville wygląda bardzo filmowo i krocząc bezdrożami można poczuć się jak w bohater Walking Dead czy True Detective'a. Niskie, drewniane domy, porwane płoty i skrzynki na listy, bory i lasy. Sceneria jak z horroru.
Sam uniwersytet przywodzi na myśl antyczny gaj akademosa: kolumny, zieleń i placyki w stylu miniamfiteatrów. W takiej atmosferze człowiek aż chcę się uczyć (no może przesadziłem). Z Charlottesville kojarzą mi się dwie rzeczy: uniwersytet został założony przez prezydenta Thomasa Jeffersona i zawsze, kiedy o tym pomyślę, to jakoś nie mogę sobie wyobrazić Bieruta, Cyrankiewicza czy Kwaśniewskiego otwierających nową uczelnie wyższą w Polsce... Drugie skojarzenie związane jest z Edgarem Alanem Poe. Czytając biografię pana Poego spotkałem się z opisami informującymi, że w początkach swojego istnienia ład i porządek na UVA był na poziomie, płonącego żywym ogniem domu taniej i w dodatku płatnej miłości. Poe nie omieszkał o tym wspominać w listach, które pisał narzekając na UVA. Poe dużo narzekał i pewnie gdyby choć raz przyjął słowa krytyki nie wylewając w odwecie wiadra pomyj, nie odchodziłby z tego świata na ławce w parku.
Co ciekawe, miałem też okazję przekonać się o tym, że w USA pije się piwo. W weekend trafiłem na festiwal piwa. Małe, lokalne browary pozwalały na degustacje ich wyrobów. Impreza trwała cztery godziny i niektórym wystarczyła. Na koniec zapraszam do galerii oraz lajkowania profilu i szerowania.

p.s. chciałem pozdrowić Martę, Ewę i Natalię, które były moimi couchhostami podczas pobytu na UVA

p.s.2 chciałem pozdrowić profesora Zbigniewa Stańka, który przed laty udzielił wspaniałego wykładu o równowadze w sensie Pareto

Król, Królestwo

Brak komentarzy

wtorek, 4 listopada 2014


Dziś w sekcji 7stron pojawiło się nowe opowiadanie pt. Jasnowidz. Jest to moja pierwsza twórczość literacka, która została opublikowana przez kogoś innego niż mnie.

Na Spider's Web (portal o hi-techu i innych ciekawych (dla geeków) rzeczach) powstał dział stories, w którym co tydzień publikowane są wypociny domorosłych pisarzy. Za namową wysłałem tam dzisiejsze opowiadanie (co prawda w trochę innej formie i o innym tytule) i... pojechałem do USA. Po pięciu tygodniach, krocząc dolnym Manhattanem sprawdziłem maila i zdziwiłem się bo oto przyszła odpowiedź i to w dodatku pozytywna. Opowiadanie ukazało się w następny weekend i było solidnie przystrojone literówkami, co było mocno opisane w komentarzach, ale to już detal...

Wersja do pobrania została poprawiona i ulepszona tzn. ma mniej błędów i śmiesznych porównań.

Jak zwykle czekam na uwagi i komentarze (nawet te o błędach).

p.s. Na pytanie co ma wspólnego tytuł postu z tytułem opowiadania od razu tłumaczę: to jest prolog do książki, która pewnej nocy przyszła mi do głowy i nie pozwoliła zasnąć, póki scena po scenie nie spisałem jej do zeszytu.

Waszyngton D.C.

Brak komentarzy

czwartek, 16 października 2014

Wizytę w Waszyngtonie zacząłem od Pentagonu (opis w poprzednim poście), a teraz przyszedł czas na wrażenia z samej stolicy USA.

Metro. To co przykuwa uwagę podczas pierwszej wizyty w Waszyngtonie to właśnie metro. Czekając na pociągi czułem się jakbym był na stacji kosmicznej. Wiele przystanków w centrum to wielopoziomowe punkty przesiadkowe, a biorąc pod uwagę, że jest sześć linii to zmiana pociągu przypomina czasami podróż po opuszczonej galerii handlowej. Metrem poruszamy się nie tylko po centrum, ale i po obrzeżach. Przekładając na polskie realia można by tym metrem dojechać do Piaseczna lub Tarchomina.

Mimo rozbudowanego metra i autobusów (o nich będzie oddzielny post bo to ciekawy temat) Waszyngton jest zakorkowany. Przy końcach linii metra są P+R, ale dało się zauważyć, ze ludzie wolą korzystać z własnych aut i stać w korku niż jechać publicznymi środkami lokomocji. Amerykańska wolność… Dojazd może się nie opłacać, można stać w korkach, ale samochód daje poczucie niezależności, które amerykanie tak kochają. Na pytanie: czemu jeździsz do pracy i stoisz w korku jak możesz jechać metrem? Pada odpowiedź: przecież po to mam samochód żeby go używać. Tutaj nikt nie kupi auta, żeby jeździć raz na tydzień do kościoła. 

Paradoksalnie to właśnie w samochodach widać Europę. Po ulicach jeżdżą Toyoty, Hondy i Hyundai'e. Waszyngton jest pod tym względem bardzo europejski (niestety). Ostatni bastion jest jeszcze w autach made in USA. Takie samochody to zazwyczaj duże SUVy lub pół terenówki, nieekonomiczne jak cholera, ale w końcu to jednak Ameryka (a przynajmniej jej resztki).

W centrum znajduje się Federal Triangle, czyli taka ul. Domaniewska tyle, że pełna państwowych urzędów i siedzib władz federalnych. Podobnie jak w Polsce po 16 wylewają się stamtąd tłumy ludzi w garsonkach i garniturach ruszających do metra. Wyjątkiem nie są nawet służby specjalne. W filmie Dobry Agent Matt Damon zapytany o to kim są agenci CIA odpowiada: Jesteśmy urzędnikami państwowymi pasuje jak ulał do tego co można zobaczyć na ulicy. A jak ktoś w to nie może uwierzyć to wystarczyć usiąść w kawiarence przed siedzibą np. FBI i poczekać do 16…

Z turystycznego punktu widzenia Waszyngton jest wspaniałym miejscem do zwiedzania. Wszystkie Smithsoniańskie muzea są darmowe (lub za symboliczny datek np. na drukowanie T-Rexa). Jak ktoś chce tu turystycznie wpaść to w muzeach może spędzić całe dnie.

Jeżeli ktoś ma mocny sentyment do kina to polecam odwiedzić miejsca gdzie kręcili Foresta Gumpa (scena przemówienia na temat wojny w Wietnamie), Zimowego Żołnierza (scena kiedy Steve Rogers biega pod Capitolem i spotyka Sama Wilsona) i mnóstwa innych filmów. Fajne uczucie, usiąść pod tym samym drzewem gdzie powstawał film za 170 mln.  

Ostatnio jest modne wbieganie do Białego Domu. Od razu mówię, że nie próbowałem i nie wiem jak jest w środku. Budynek widziałem z bliska; nie wydawał mi się słabo chroniony i jakoś nie mogę uwierzyć, że jogging ćwiczyło tam już z powodzeniem 16 biegaczy.

Na koniec nowość. Pod linkiem jest galeria z wizyty w D.C. Miłego oglądania.

p.s. W akapicie o muzeach jest dobrze napisane: drukowanie T-Rexa. W galerii jest zdjęcie takich różowych i niebieskich główek. Jeżeli im się dobrze przyjrzycie to zobaczycie, że to efekt druku 3D.

Pentagon #2

Brak komentarzy

czwartek, 2 października 2014

Zacząłem drugą część wyjazdu, bardziej stacjonarną i bardziej spokojną i bardziej obfitującą w posty na blogu. Zgodnie z wcześniejszym planem dziś kilka słów o wizycie w Pentagonie.

Dostanie się w okolice budynku było relatywnie proste... wystarczyło wysiąść na stacji metra Pentagon. Jednak wejście do środka to już inna historia.

Wysiadając z pociągu od razu widać reklamy wielkich firm zbrojeniowych takich jak: Northrop Grumman czy (chyba nawet w Polsce znany) Lockheed Martin i niestety znak zakazu robienia zdjęć. Podobnie jak siedziba NSA, Pentagon ma oddzielne wejście dla pracowników i gości. Ci pierwsi udają się spokojnie wyjściem z metra, pozostali muszą iść okrężną drogą, którą i ja się udałem. Po dotarciu na miejsce przywitało mnie paru miłych pracowników Agencji Obrony Pentagonu. Po tłumaczeniu, że nie jestem z Portland tylko Poland wpuścili mnie do wejścia dla wizytatorów, a tam... kontrola jak na lotnisku czy ambasadzie przy wyrabianiu wizy.

Po wejściu do budynku musiałem poczekać na "przewodnika" i identyfikator. Funkcję ludzi w Pentagonie rozpoznaje się po identyfikatorach. Pracownicy mają szare lub zielone, a goście żółte. Każdy, dosłownie każdy musi mieć plakietkę zawieszoną w widocznym miejscu. Przy bramkach stoją też "mili" panowie, którzy przypominają o tym zapominalskim.

Przemierzając korytarze widzi się nie tylko członków amerykańskiej armii, ale i dużo cywili (w tym personel sprzątający, który jakoś mi nie pasował do tego miejsca). W food courtcie jest kilkadziesiąt restauracji (w tym np. KFC, Burger King) i sklepów (np. elektroniczny, taki jak nasz Saturn). 

Ciekawym miejscem jest park ulokowany wewnątrz kompleksu. Po siedzących na ławkach ludziach widać ciężar odpowiedzialności jaki noszą na barkach. Spojrzenie wbite w ziemię i wyraz twarzy...
Obserwując ich można złapać trochę dystansu do życia. Na co dzień człowiek przejmuje się wyborem koloru do power pointa, a taki pan musi zdecydować czy wysłać Predatora czy nie. 

Wewnątrz, Pentagon wygląda militarnie, kolorystyka utrzymana jest w wypłowiałych kolorach. Na korytarzach stoi dużo gablot i memoriałów opisujących historię rozwoju amerykańskiej machiny wojennej, generałów i słynnych żołnierzy, a na ścianach można znaleźć oprawione w ramki kreda poszczególnych formacji.

Ze względu na funkcję Pentagonowi bliżej do biura niż bazy wojskowej. Czuć co prawda nastrój armii, ale tutaj się nie strzela, tutaj się mówi kto i do kogo ma strzelać.

Pod względem badań do książki wizyta otworzyła mi oczy na kilka rzeczy, o których zapomniałem / nie pomyślałem.

W następnym poście trochę o samym Waszyngtonie i okolicach. 






USA

3 komentarze

czwartek, 18 września 2014

Drodzy,

Przeżyłem podróż, jetlaga i jedzenie (jak na razie). Zgodnie z planem przez pierwsze dni aklimatyzowałem się w NYC i teraz przyszedł czas na posta, którego piszę z hrabstwa Fairfax, ale o detalach podróży później, a zacznę od początku...

Czyli od CouchSurfingu. W skrócie: to taka inicjatywa dla turystów, którzy chcą poznać odwiedzane miejsce od środka, a nie tylko od tej oficjalnej strony. Podróżująca osoba (surfer) ogłasza na stronie swoje "potrzeby" noclegowe i poszukuje kogoś kto ją przenocuje (hosta) przez jakiś czas. Można powiedzieć, że to taki Facebook dla podróżników bo można komentować, lajkować i inne takie. Można też stwierdzić, że to pożywka dla psychopatów, którzy tylko czekają na biednych i niczego się nie spodziewających turystów. W moim przypadku CS jest trochę upierdliwy. Z zasady noclegi powinny być krótkie, a mój wyjazd jest długi co (teoretycznie) zmusza mnie do częstego poszukiwania nowego miejsca. Teoretycznie, bo praktyka pokazuje, że może być zupełnie inaczej, ale to opiszę kiedy indziej. Jeżeli w przeciwieństwie do mnie ktoś lubi podróżować to powinien spróbować CS, masa przygód i ciekawych ludzi gwarantowana!

Czego w Ameryce jest najwięcej? Trzy, dwa, jeden, zero... iPhone'ów. Jeżeli masz inny telefon to najprawdopodobniej jesteś z Azji. Jeżeli ktoś jest biedniejszy ma 4, 4s, ale najwięcej jest 5, 5s i troche 5c. Temu nie powinien się nikt dziwić, tutaj chłopak pracujący w pizzerii ma 8$ na godzinę i opłaca tym studia, samochód, Heroclicks i zielsko...

Ciekawie jest też ze znajomością języka angielskiego. Po chwili zastanowienia się myślę jednak, że powinienem napisać z nieznajomością. Amerykanie i mowa Szekspira to niekoniecznie idealne połączenie. Spacerując po mieście słychać dużo hiszpańskiego, trochę języków z Azji i... Czarną Mowę (Black Speech). To jest wersje angielskego używana przez niższe klasy (murzynów). Nie ma w niej niektórych spójników i chyba czasów. Najbardziej się zdziwiłem, kiedy kupując jedzenie w jakieś budzie okazało się że obsługująca mnie pani nie znała angielskiego. Nie znała do tego stopnia, że musiałem palcem pokazywać co chcę...

A jak już jesteśmy przy jedzeniu. W NYC można zjeść wszystko czego dusza zapragnie. Greckie, tajskie, japońskie po prostu wszystko. Fastfoody... na Mahattanie nie ma punktu z którego nie byłoby widać McDonaldsa. Porcje są większe niż w Polsce, czasem dużo większe. Napoje są WIELKIE, kiedy w Wendy's zamówiłem średni napój dostałem go w kubku większym niż duży napój w Polsce.

Na zakończenie poruszę jeszcze temat ludzi mieszkających w NYC i D.C. Moim zdaniem widać rozwarstwienie klasowe. W barach, restauracjach, fastfoodach itd. pracują czarni, meksykanie i trochę azjatów. Garnitury i krawaty w większości są zarezerwowane dla białych. Przez ten tydzień widziałem tylko jednego białego bezdomnego. Jeżeli ktoś zaczepia mnie na ulicy i chce dolara to jest czarny. Może to brzmi trochę rasistowsko, ale to są wnioski z obserwacji.

W kolejnym poście będzie o pieniądzach, kobietach, samochodach i metrze.

A teraz mały quiz. Połączenie białego i czarnego to mulat, a jak się nazywa połączenie czarnego i cygana?

Adrenalina

Brak komentarzy

środa, 10 września 2014

Metaerotycznie rzecz ujmując: adrenalina płynie mi w żyłach jak alkohol na dobrym weselu. 13 i pół godziny, tyle zostało mi czasu do odlotu i to tyle z narzekania. Odmelduję się po przylocie. K.
Top