Pierwszą rzeczą jaką uświadomiłem sobie, kiedy zacząłem pisać był fakt, że nie umiem pisać. Na drugim miejscu pojawił się fakt, że podobnie jak John Snow, nic nie wiem. Problem można rozwiązać na dwa sposoby:
1. pisać na podstawie własnych domysłów (później powstają kwiatki, takie jak np. opisywanie sceny w której giermek zakłada zbroję rycerzowi)
2. robić badania, czyli popularnie znany przez wszystkich research (i wtedy okazuje się, że pod koniec średniowiecza walka dwóch pieszych rycerzy bardziej przypominała zapasy niż fechtunek)

Przed erą YouTube’a jednym źródłem researchu było czytanie książek lub oglądanie dokumentów. W chwili obecnej Google’owy stream (wraz ze wzrostem ilości filmów, nie generowanych przez vlogerki modowe i komików) powoli staje się dobrym źródłem informacji. Widać starsi ludzie musieli dłużej przekonywać się do mówienia do kamery.

A teraz w ramach podziękowań będzie kilka reklam:

Jest bardzo dużo stereotypów na temat broni palnej. Większość z nich bierze się z filmów, które bombardują widza zakłamanym, niestety obrazem. Na kanale hickok45 można znaleźć kopalnie wiedzy o broni palnej i trochę dywagacji na tematy związane z jej użyciem. Jeżeli klikniecie link to mam nadzieje, że zdziwicie się tak samo jak ja (chodzi o wiek tego pana).

Na kanale Rusty’ego Shackleforda, mniej więcej to samo co u hickok45, ale w bardziej przystępnej formie, krótsze filmiki, więcej skondensowanych informacji.

Z bardziej obyczajowych źródeł informacji znalazłem kanał Ssarusska (tak to jest vlogerka, która kręci filmy typu: co jest na moim iPhonie 6). Dziewczyna ma 18 lat i mieszka w USA, i opowiada jak tam jest z punktu widzenia dorastającej uczennicy.

Ciekawy jest też vlog Studia w USA, prowadzony przez niejakiego Dżrodżyka. Chłopak jest studentem na Emory. Na kanale jest np. ranking amerykańskich fastfoodów.

Jeżeli chodzi o Cytadele (i inne twory fantasy) to użyteczne i bardzo ciekawe filmy stworzył Jędrek, kasztelan zamku Hojnik. Każde nagranie (mimo, że długie ogląda się bez spadku zainteresowania). Jędrek zmienia trochę zapatrywanie na średniowiecze. Naprawdę polecam

Na zakończenie jeszcze jeden „historyczny” kanał: Dierk_Hagendorn. Człowiek ma ciekawe hobby…

PS. Oczywiście to tylko część kanałów (np. vlogów a’la Ssarusska jest jeszcze kilka), które oglądam w celu zmniejszenia swojego poziomu niewiedzy.

Dzięki za uwagę, czas i oczywiście lajkujcie profil na FB.

Jeżeli ktoś nie jest dziś na imprezie i jeszcze nie śpi to polecam lekturę do poduszki. W dziale 7stron dodałem nową cytadelę + odświeżoną wersję Cytadeli numer 1.
Podobno opowiadanie jest najlepszą metodą nauki pisania, a że Cytadel na dzień dzisiejszy jest 18 (nadal są krótkimi opowiastkami, ale łączą się w jedną całość) i mam zamiar je tutaj ustawicznie wrzucać.

PS. Ciekawe tylko czy ktoś będzie chciał to czytać…

Hotel, w którym się zatrzymałem był żywcem wyjęty z horroru. Długi rząd pokoi hotelowych zatopionych w strugach deszczu. Nieoświetlony, prawie pusty parking i szum, a właściwie huk oceanu tłumiącego ludzkie kroki. Nic tylko czekać na wizytę psychopaty, który dzieli się dobytkiem ofiar z właścicielem hotelu. Przyjemność kosztowała 40$. Za tyle można spędzić noc 30 metrów od oceanu.
Starsza meksykanka pracująca w recepcji znała angielski, ale z matematyką miała już problemy i nie bardzo widziała różnicę pomiędzy trzema centami a trzema dolarami (przy wydawaniu reszty oczywiście). Po wpisaniu na listę gości dostałem kartę i hasło do internetu.
W pokoju znajdował się telewizor (CRT), klimatyzator, duże łóżko i lodówka. Po kilku minutach odłączyłem lodówkę bo pracowała tak głośno, że zagłuszała telewizor. Na szczęście klimatyzator pracował cicho i nie trzeba było go wyłączać. Z TV grającym w tle rozpakowałem się i zabarykadowałem drzwi.
W USA jest bardzo dużo telewizji kablowych o lokalnym zasięgu, które wykupują licencję na dostęp do kanałów (np. AMC czy starz) płacąc za każdego abonenta. Kablówka podłączona w hotelu miała same lokalne kanały i VH1, na którym leciały Nagie Randki. Myślałem, że programy typu Warsaw Shore czy Jersey Shore są rozrywkowym szczytem, ale byłem w błędzie.
Kilka minut po północy uruchomił się alarm. Wył przez pięć minut po czym nastała cisza. Czemu się włączył? Kto go wyłączył? Czy coś się komuś stało? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy…
Po burzy z poprzedniego dnia nie został nawet ślad. Niebo było bez jednej chmurki, a ja wymeldowałem się z hotelu i ruszyłem do bazy. Po drodze odwiedziłem sklep z komiksami, grami planszowymi i figurkami. W polsce mniej popularne gry (np. Attack Wing) mają po kilka sztuk produktu na sklep. W USA były pułki były pełne, a na piętrze można było pograć z kolegami.
Brama numer 5 jest jedynym wejście z jakiego mogą korzystać cywile bez przepustek. Podszedłem do biurka i zacząłem rozmawiać z panią, która wydawała zgody. W pewnym momencie weszliśmy na temat celu mojej wizyty:
– Chcę zobaczyć lotniskowce.
– Ale w bazie nie ma w tej chwili żadnego.
– Dlaczego?
– Wypłynęły w morze na ćwiczenia.
– A kiedy?
– Nie wiem – odpowiedziała.
– A kiedy wrócą?
Pani spojrzała się na resztę personelu, którego jedna połowa oglądała Star Trek, a druga mi się przypatrywała i powiedziała:
– To jest tajna informacja. Poza tym ma pan torbę podróżną, a z nią nie można wejść do bazy.
A ja jej odpowiedziałem:
– A nie mogę jej tutaj na przechowanie zostawić?
Oczywiście nie mogłem. Teoretycznie byłem w kropce, ale podstawa w życiu to improwizacja i adaptacja. Poczekałem kilka minut i kiedy pojawili się inni ludzie chętni na wizytowanie Naval Station Norfolk zapytałem czy nie mogę zostawić u nich swojego bagażu.
Zgodzili się.
Baza jest bardzo duża, ale największe wrażenia robią okręty. Widziałem statek desantowy i niszczyciele. Wydawały się olbrzymie, a biorąc pod uwagę, że lotniskowiec jest od nich kilka razy większy to trudno go sobie wyobrazić. Niestety w galerii nie mam zdjęć okrętów i chyba nie muszę pisać dlaczego.
Jeżeli chodzi o stan osobowy to baza wydawała się pusta. Trochę marynarzy na pirsach i tyle. Zawsze myślałem, że wszędzie powinno być dużo ludzi. Biegający żołnierze w dresach albo spacerujący oficerowie. Jeździło trochę samochodów i tyle, wszędzie było pusto.
Po wyjściu z bazy sprawdzałem drogę na przystanek, którym mogłem się dostać na terminal autobusowy i wtedy podjechał samochód, w którym była jedna z pań, które spotkałem w bazie. Zatrzymała się i zaczęła:
– Wskakuj, podrzucę cię.
– Ale nie wiem czy będzie pani pasowało.
– A gdzie chcesz się dostać?
– Na terminal Grey Hounda.
– A, to w tym samym kierunku.
Wsiadłem i po minucie jazdy wypaliła:
– Dlaczego tak się pytałeś o lotniskowce?
Wystraszyłem się wtedy i zacząłem dukać coś o książce, o wątkach i zwiedzaniu miejsc gdzie dzieje się akcja. Salwa śmiechu z jej strony mnie uspokoiła, ale jak dodała, że chcieli wzywać ochronę to przestało mi być do śmiechu.
Do autobusu miałem jeszcze dużo czasu więc wybrałem się na zwiedzanie Norfolk i po raz pierwszy w USA miałem okazję zobaczyć tramwaj. Przeszedłem się po głównej ulicy i wszedłem do restauracji. Jak się okazało poza godzinami lunchowymi (12-15) nie serwowali tam pierwszych dań, ale na moje szczęście burgery były klasyfikowane jak przekąski.
Jak już jestem przy jedzeniu to dodam jeszcze, że KFC w USA jest niezjadliwe. O ile Mc’Donalds jest taki sam to KFC jest zupełnie inne. Kurczaki wyglądają na panierowane w piachu, a frytki w mące.
Późnym wieczorem przyszedł czas na kurs powrotny do Nowego Yorku i kiedy opuszczałem Norfolk myślałem sobie na temat różnic w między poszczególnymi stanami. Pewien mądry człowiek napisał, że USA to kraj kontrastów, twierdzę podobnie, mimo że widziałem dopiero mały kawałeczek.

PS. Na Flickrze nowe zdjęcia.
PS2. Zdjęcie na górze to hotel, w którym nocowałem. Tak ma basen. Hotel za 40$ ma basen.

Do Norfolk dotarłem wczesnym popołudniem i pierwszym co rzuciło mi się w oczy był dwupiętrowy sklep z bronią. Na parterze można było kupić pistolety, karabiny, strzelby, noże oraz sprzęt survivalowy. Pierwsze piętro służyło za skład amunicji. W przypadku apokalipsy zombie amunicją można by wystrzelać całe Norfolk i okolice. Drugie piętro zajmowała strzelnica i bardziej wymyślna broń. Miałem okazję trzymać w ręce karabin z „homologacją” na pistolet. Producent obszedł amerykańskie prawo za pomocą skrócenia kolby.
Virginia jest dość liberalnym stanem jeżeli chodzi o posiadanie broni i do jej zakupu wystarczy dowód na to, że jest się rezydentem od co najmniej dwóch miesięcy (jest jeszcze obowiązkowe sprawdzenie niekaralności, ale to prawo jest obowiązkowe w każdym stanie). Najbardziej spodobał mi się fakt, że można było potrzymać broń w ręku (w Polsce w sklepie nie można dotknąć broni jeżeli nie ma się pozwolenia). 
Wizyta na strzelnicy różniła się diametralnie od tego, co przeżyłem w Polsce. W USA wypełnia się blankiet, zostawia dowód, wybiera broń i amunicję (jeżeli nie ma się swojej) i można udać się na tor. Tutaj nikt nie pilnuje czy przypadkiem człowiek sam się nie postrzeli. Broń nie jest trzymana w stalowej szafie, a amunicja wydawana na sztuki. Strzelanie w USA likwiduje stres tak samo skutecznie jak w Polsce, ale jest milej i przyjemniej. 
Pracownicy sklepu wyglądali na zadowolonych z tego co robią. Kiedy rozmawiałem z jednym ze sprzedawców entuzjazm z jakim opowiadał o tym, co robił przypominał mi film reklamowy. Poniżej mały dowód na to że broń w USA to nie tylko męska rzecz.

Po wizycie w sklepie z bronią przekonałem się, że ulice w Norfolk są długie i szerokie i jeżeli ktoś nie ma samochodu to ma problem, a jeżeli ma hotel gdzieś na obrzeżu to ma podwójny problem.
W drodze na przystanek autobusowy spotkała mnie pierwsza przygoda. W połowie drogi otoczyło mnie pięć nastoletnich murzynek i bynajmniej nie przez przypadek nosiły się jak nasze dresiary. Najstarsza wyciągnęła rękę i powiedziała: daj dolara. Pomyślałem, że pewnie jako mieszkanka powinna wiedzieć (nauczka z Charlottesville poszła w las) jak dojechać w okolicę hotelu. Kiedy wyciągnąłem telefon z kieszeni dziewczyny zaczęły uciekać z krzykiem na ustach. Jedna miała złamaną rękę i nie mogła szybko uciekać, i to od niej dowiedziałem się co skłoniło je do ucieczki. Powodem było to, że za szybko włożyłem rękę do kieszeni i myślały, że wyciągam broń.
Drogi do hotelu oczywiście nie znały.
Wieczór nadszedł szybko, a ja byłem przekonany, że trzeba było kupić pistolet. Jak wcześniej wspominałem w USA transport miejski działa bardzo słabo, a Norfolk jest tego najlepszym przykładem. Bus, którym teoretycznie mogłem dostać się w okolice hotelu jeździł co jakieś 40 minut. Było ciepło, ale moim zdaniem nie aż tak, żeby iść na boso z butami w ręku, ale widać dla bezdomnego, który do mnie podszedł było wystarczająco. Pasjonującą rozmowę o tym co robię w USA i że Polska jest chyba obok Rosji uciął nadjeżdżający autobus. Droga pod hotel była spokojna do momentu, w którym nie wysiadłem.
Zgodnie z tym, co mówił google na kolejnym przystanku powinienem przesiąść się w inny autobus. Po kwadransie czekania okazało się że linia, z której powinienem skorzystać już nie jeździ. Informacji udzieliła mi dwójka ludzi wyglądających na narkomanów i chyba zamieszkujących przystanek. W międzyczasie byłem świadkiem poszukiwania skutera, który koledzy jednego człowieka ukryli za przemysłowym koszem na śmieci McDonald’sa. Kiedy strapiony murzyn znalazł zgubę zgubę uruchomił silnik i poszedł sobie zostawiając zgubę na pastwę losu. Informacja o braku autobusu przekonała mnie do skorzystania z taksówki, którą bez problemu dojechałem pod same drzwi hotelu.

Druga część opisująca wrażenia z noclegu, wizytę w bazie i to jak o mało co nie zostałem uznany za terrorystę w przyszłym tygodniu.

Zdjęcia z wizyty pod linkiem.
Strona BobsGunShop: www.bobsgunshop.com

Wydostanie się z Charlottesville (tak żeby wylądować w Norfolk) okazało się trudniejsze niż zakładałem. O ile w studenckim miasteczku autobusów jest dużo, tak już w samej Wirginii poruszanie się bez samochodu jest typowo amerykańskie i poziomem trudności przypomina schodzenie ze schodów a’la Wilk z Wall Street.
Dzięki temu miałem przyjemność spotkać jednego z najciekawszych ludzi z jakimi miałem do tej pory styczność, ale po kolei. Na jednym z portali podobnych do polskiego BlaBlarCar znalazłem osobę jadącą do Richmond, z którego łatwo mogłem dostać się do Norfolk. Umówiliśmy się o 07:15 na obrzeżach Charlottesville. Wstałem o 06:30, było zimno, ciemno, padał deszcz i pewnie dlatego za radą bezdomnego murzyna (do tej pory zastanawiam się czemu nie wydało mi się to dziwne), wsiadłem do autobusu. O tym, że autobus jechał nie w tą stronę co powinien i ludzie nic nie wiedzieli nie będę opowiadał.
Na umówione miejsce dostałem się taksówką. To była moja pierwsza jazda taxi podczas pobytu w USA. Kierowcą był murzyn, ale dość dobrze mówił po angielsku. Problem zaczął się pod koniec jazdy. W trakcie rozmowy wykazałem się niewiedzą na temat miejsca zamieszkania Thomasa Jeffersona (główne zdjęcie). Kierowca oburzył się dość mocno i przestaliśmy rozmawiać, na szczęście byliśmy już prawie na miejscu.
Kilkanaście minut po siódmej poznałem Scotta Penningtona. Scott wiedział co nieco na mój temat (umawiając się na transport opowiedziałem o sobie), więc skupiliśmy się bardziej na nim. Na dzień dzisiejszy Scott pracuje na Uniwersytecie Richmond jako konsultant / project manager przy budowie systemu do digitalizacji zasobów biblioteki uniwersyteckiej. Kilka lat wcześniej pracował dla Afrykańskiego Kongresu Narodowego, gdzie zmieniał na formę cyfrową dziedzictwo kulturowe Afryki w rejonach, gdzie nie ma nic (dosłownie nic, nawet wody). Pracował też w Indiach, Arabii Saudyjskiej i UK. Przestał z chwilą wybuchu wojny w jednym z afrykańskich państewek, w którym akurat digitalizował ustny przekaz byłych zbrodniarzy wojennych, ponieważ żona oświadczył, że jak każdy kij ma dwa końce tak on może wybrać koniec z wyjazdami albo koniec z rodziną.
Scott do pracy nie ma daleko, pod linkiem można zobaczyć trasę jaką musi codziennie pokonać.
Kilka słów o samym Richmond. Zabudowa przypomina Waszyngton, ale z nowojorskim akcentem (wyższe budynki). Poza centrum, nie wiedziałem ani jednej osoby, która chodziłaby na piechotę (chyba, że wsiadała akurat do samochodu). Jadąc miejskim autobusem byłem jedynym białym pasażerem, pewnie myśleli, że jestem z Ukrainy, Bośni albo Polski i nie poświęcali mi żadnej uwagi. Mała ciekawostka żeby zasygnalizować kierowcy chcę przystanek trzeba pociągnąć za linkę tak jak w starych, polskich tramwajach. Przystanki rozsiane są chyba co dwieście metrów. Czekając na transport do Norfolk poszedłem do przydrożnej restauracji, zamówiłem jedzenie i nie dałem rady zjeść połowy. Porcja była naprawdę wielka. Podsumowując w Richmond poczułem prawdziwą Amerykę i od razu pożałowałem, że nie mam samochodu. 

Na koniec dwie dygresje:
1. Scott studiował j. angielski, a doktoryzował się z baz danych 🙂
2. Czemu Scott zgodził się mnie podwieźć? Jakieś dwanaście lat temu pewien Polak nauczył go edycji / montażu dźwięku i Scott czuł moralny obowiązek odwdzięczyć się.

Dzięki za uwagę i chciałem poprosić o szerowanie posta na FB. Analizowałem odwiedziny na blogu i posty szerowane mają zdecydowanie większy współczynnik wejść.

PS – tutaj jest strona, a tutaj twitter Scotta.

Na piątkową noc ilustracja i moralitet, wyciągnięte z wątku detektywa.

‚You don’t have to ask’ said Milles. ‚I will reveal you this simple truth. God does not give a shit about them or him. There is no any heaven waiting for them, there is no eternal damnation for him. It’s not a crapshit tale about Hiob with sacred suffering, purification by pain. It’s only butchery by knife. Made in US by sick logic industries supported by insanity of human mind.’