USA

3 komentarze

czwartek, 18 września 2014

Drodzy,

Przeżyłem podróż, jetlaga i jedzenie (jak na razie). Zgodnie z planem przez pierwsze dni aklimatyzowałem się w NYC i teraz przyszedł czas na posta, którego piszę z hrabstwa Fairfax, ale o detalach podróży później, a zacznę od początku...

Czyli od CouchSurfingu. W skrócie: to taka inicjatywa dla turystów, którzy chcą poznać odwiedzane miejsce od środka, a nie tylko od tej oficjalnej strony. Podróżująca osoba (surfer) ogłasza na stronie swoje "potrzeby" noclegowe i poszukuje kogoś kto ją przenocuje (hosta) przez jakiś czas. Można powiedzieć, że to taki Facebook dla podróżników bo można komentować, lajkować i inne takie. Można też stwierdzić, że to pożywka dla psychopatów, którzy tylko czekają na biednych i niczego się nie spodziewających turystów. W moim przypadku CS jest trochę upierdliwy. Z zasady noclegi powinny być krótkie, a mój wyjazd jest długi co (teoretycznie) zmusza mnie do częstego poszukiwania nowego miejsca. Teoretycznie, bo praktyka pokazuje, że może być zupełnie inaczej, ale to opiszę kiedy indziej. Jeżeli w przeciwieństwie do mnie ktoś lubi podróżować to powinien spróbować CS, masa przygód i ciekawych ludzi gwarantowana!

Czego w Ameryce jest najwięcej? Trzy, dwa, jeden, zero... iPhone'ów. Jeżeli masz inny telefon to najprawdopodobniej jesteś z Azji. Jeżeli ktoś jest biedniejszy ma 4, 4s, ale najwięcej jest 5, 5s i troche 5c. Temu nie powinien się nikt dziwić, tutaj chłopak pracujący w pizzerii ma 8$ na godzinę i opłaca tym studia, samochód, Heroclicks i zielsko...

Ciekawie jest też ze znajomością języka angielskiego. Po chwili zastanowienia się myślę jednak, że powinienem napisać z nieznajomością. Amerykanie i mowa Szekspira to niekoniecznie idealne połączenie. Spacerując po mieście słychać dużo hiszpańskiego, trochę języków z Azji i... Czarną Mowę (Black Speech). To jest wersje angielskego używana przez niższe klasy (murzynów). Nie ma w niej niektórych spójników i chyba czasów. Najbardziej się zdziwiłem, kiedy kupując jedzenie w jakieś budzie okazało się że obsługująca mnie pani nie znała angielskiego. Nie znała do tego stopnia, że musiałem palcem pokazywać co chcę...

A jak już jesteśmy przy jedzeniu. W NYC można zjeść wszystko czego dusza zapragnie. Greckie, tajskie, japońskie po prostu wszystko. Fastfoody... na Mahattanie nie ma punktu z którego nie byłoby widać McDonaldsa. Porcje są większe niż w Polsce, czasem dużo większe. Napoje są WIELKIE, kiedy w Wendy's zamówiłem średni napój dostałem go w kubku większym niż duży napój w Polsce.

Na zakończenie poruszę jeszcze temat ludzi mieszkających w NYC i D.C. Moim zdaniem widać rozwarstwienie klasowe. W barach, restauracjach, fastfoodach itd. pracują czarni, meksykanie i trochę azjatów. Garnitury i krawaty w większości są zarezerwowane dla białych. Przez ten tydzień widziałem tylko jednego białego bezdomnego. Jeżeli ktoś zaczepia mnie na ulicy i chce dolara to jest czarny. Może to brzmi trochę rasistowsko, ale to są wnioski z obserwacji.

W kolejnym poście będzie o pieniądzach, kobietach, samochodach i metrze.

A teraz mały quiz. Połączenie białego i czarnego to mulat, a jak się nazywa połączenie czarnego i cygana?

Adrenalina

Brak komentarzy

środa, 10 września 2014

Metaerotycznie rzecz ujmując: adrenalina płynie mi w żyłach jak alkohol na dobrym weselu. 13 i pół godziny, tyle zostało mi czasu do odlotu i to tyle z narzekania. Odmelduję się po przylocie. K.

Posłowie

Brak komentarzy

piątek, 29 sierpnia 2014

W posłowiu do Fight Clubu Chuck Palahniuk (czyt. Paulanik) napisał, że idealne opowiadanie powinno mieć siedem stron. Od takiego opowiadania zaczął się kultowy Fight Club na podstawie, którego David Fincher nakręcił równie kultowy dziś film. A wszystko zaczęło się od… samotności. Pan Chuck wybrał się na warsztaty pisarskie nie po to żeby pisać, chciał poznać nowych ludzi. Czy to mu się udało? Nie wiadomo, ale wiadomo co później stworzył. Ciekawostka: zaliczka za Fight Club wynosiła 6 000$, czyli takie literackie „odwal się”.

Z nauk pana Chucka wyciągnąłem dwie rzeczy:

1. Pisanie opowiadań. Nigdy nie lubiłem
opowiadań, nie lubiłem krótkich form czy to literackich, czy filmowych, ale za sprawą pana o hipsterskim nazwisku to się zmieniło i dziś wrzucam w sieć swoje pierwsze short story.

2. Dźwiękonaśladownictwo. W poradach dla ludzi, którzy chcą zostać pisarzami Palahniuk mówi, żeby się tego nie bać tylko stosować, czyli coś tak mnie więcej jak ze sportem lub myciem zębów.

A teraz czas na konkrety: w menu barze pojawiła się nowa sekcja: 7stron, od dziś, co piątek będzie tam nowa historia (chyba, że wrócę do jakiejś starej). Pierwsze opowiadanie jest zatytułowane Cytadela. Głównym bohaterami są dwaj rycerze wysłani przez swojego suwerena ze specjalną misją…

Od razu zaznaczam że, oprócz mnie nikt tego nie sprawdzał, więc mogą być jakieś literówki (albo nawet i gorzej orty!). Jeżeli ktoś znajdzie takiego buga, to niech da mi znać. Opowiadanie jest w dostępne w formatach: docx, doc, pdf, mobi i epub.

Miłej lektury na porannego kaca, którego z racji piątku wam i sobie życzę.

Do usłyszenia.

Pentagon

Brak komentarzy

czwartek, 28 sierpnia 2014

Pentagon. Siedziba Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych. Tutaj mieszczą się dowództwa sił zbrojnych USA. W powieści Pentagon jest miejscem, w którym rozgrywa się akcja rządowego wątku. Relacja z wizyty jakieś dwa dni po, czyli w okolicach 20 września.

Z ciekawostek dodam jeszcze, że według Briana Singera przetrzymywany jest tam Magneto :).

p.s. zapraszam do lajkowania mojego profilu

To boldly go where no man has gone before

Brak komentarzy

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wbrew (całkiem intuicyjnej) nazwie w kolejnych postach nie dowiesz się nic na temat modnych ubrań, modelingu czy zdrowego odżywiania. Zaproszę Cię za to w literacką podróż. Napisałem książkę i chciałem ją wydać, i wszystko byłoby "zwykłe" gdyby nie jeden problem: chcę ją wydać w Stanach Zjednoczonych. Tym, którzy pomyśleli, że zwariowałem nie będę miał nic za złe, w końcu po części mają rację. Jeżeli tak nie twierdzisz dotrzymaj mi towarzystwa w trakcie drogi.  A co nas czeka na finiszu: hollywoodzki happyending czy grecka tragedia, a może ambiwalentny koniec jak u Allena? Tego trzeba się będzie przekonać w praktyce.

Tyle słowem wstępu, a teraz dołożę do tego trochę rąk i nóg zaczynając od teorii. Polski rynek wydawniczy jest tworem trochę innym niż ten w USA. Różnic jest dużo i (kiedyś) poświęcę im cały post. Dziś skupię się na jednej z nich. Chodzi o funkcję agenta literackiego, którego egzystencja w Polsce jest marginalna. Agent jest takim przekaźnikiem pomiędzy wydawcą, a autorem. W USA nie ma możliwości wydania książki bez jego udziału (nie mówimy tutaj o selfpublishingu). Dlatego trzeba mieć agenta. A jak go znaleźć? Normalnie, trzeba wysłać query letter i poczekać na odpowiedź, a po niej zastanowić się czemu odmówili lub cieszyć się z wygranej bitwy.

Jaki jest sens istnienia tego bloga? Filozoficznie mówiąc: to jest świadectwo mojego istnienia. Bardzo nie lubię stwierdzenia: udało mu się. Jeżeli książka pojawi się w USA to każdy post, jaki zmieściłem będzie dowodem tego, że dojście do celu było drogą, a nie nagłym rządzeniem losu. Drogą usłaną porażkami, zniechęceniem, ale też małymi sukcesami i ciekawymi wydarzeniami, a kto wie może nawet podasz mi pomocną dłoń, pomożesz postawić kolejny krok i pokonać następną przeszkodę?

A na zakończenie dwa słowa o samej powieści. Z opisem jej treści można zapoznać się w sekcji ‘O książce’. Jeżeli chodzi o status pisania to jest zakończony w 90%, a po pozostałe 10% wybieram się na początku września do USA. Moim zdaniem niektórych detali nie można uchwycić z książek czy filmów trzeba być na miejscu i spróbować ich na własnej skórze. Poza tym od dzieciństwa marzyłem, żeby zobaczyć lotniskowiec :).


Dzięki za poświęcony czas. Wszelkie komentarze, pytania na ASKu, twitty na Twitterze, lajki na FB bardzo mile widziane.

Top